Nieca³y tydzieñ pó¼niej zasiada³em ju¿ w wygodnym fotelu luksusowego samolotu. Wyjrzawszy przez niewielkie okienko, po raz ostatni zerkn±³em na ojczyst± ziemiê – co¶ mi bowiem podpowiada³o, i¿ we W³oszech zabawiê nieco d³u¿ej, ni¿ przewidywany tydzieñ.
- To miejsce jest wolne? – z zamy¶lenia wyrwa³ mnie smuk³y osobnik o krótkich, ciemnobr±zowych w³osach. Sprawiaj±cy dobre wra¿enie, ko³o dwudziestki, wysportowany… Nie mog³em oprzeæ siê wra¿eniu, ¿e gdzie¶ ju¿ widzia³em tê twarz…
- Jasne, siadaj. – rzuci³em ¶mia³o. Ju¿ po krótkiej chwili nawi±za³a siê miedzy nami lu¼na, niezobowi±zuj±ca konwersacja.
- Pierwszy raz samolotem? – spyta³ uprzejmie, chowaj±c w miêdzyczasie baga¿.
- A jak¿e. – odpar³em – A¿ tak bardzo to widaæ?
- Niee, pytam z czystej ciekawo¶ci. Co takiego faceta jak ty mo¿e ci±gn±æ do Rzymu?
U¶miechn±³em siê pod nosem. Faktycznie, na bur¿uja to ja nie wygl±da³em.
- Turystyka, a Ciebie?
- Oferta pracy. Lecê poddaæ siê testom medycznym, które jak mam nadziejê, oka¿± siê zaledwie czyst± formalno¶ci±. A potem to ju¿ tylko podpisaæ kontrakt i… To twoi kumple? – przerwa³, us³yszawszy dziwne okrzyki.
Zerkn±³em przez ramiê. Faktycznie, siedz±cy z ty³u £ysy i Bimber odrobinê za mocno wczuli siê w rozgrywkê, przechodz±c po raz ósmy najnowsz± wersjê Pokémonów.
- Kumple…? Zale¿y, co przez to rozumiesz…
- Niewa¿ne, znam ten ból. A tak na marginesie, to jestem Robert. – odpar³, wyci±gaj±c w moim kierunku d³oñ. – Robert Lewandowski.
¯ycie bywa zaskakuj±ce, nieprawda¿? Na d¼wiêk powy¿szych s³ów, moja szczêka najwyra¼niej wyd³u¿y³a siê o dobre pó³tora metra, bo jestem niemal pewien, i¿ musnê³a ona pod³ogê. Otrz±sn±wszy siê z chwilowego szoku, dopiero po kilku sekundach zdo³a³em wydukaæ:
- Ka… Karol. Mi³o mi Ciê poznaæ!
- Ciebie te¿. A teraz wybacz, lecz z obawy przed lataniem zamierzam za¿yæ koñsk± dawkê ¶rodka nasennego. Mam nadziejê, ¿e nie bêdziesz mia³ mi tego za z³e?
- Nie, sk±d¿e. – odpar³em, w dalszym ci±gu przecieraj±c oczy ze zdumienia.
Po chwili, kapitan da³ pasa¿erom sygna³ do startu. Zapi±wszy energicznie pasy, postanowi³em pój¶æ w ¶lady Roberta i czas lotu spêdziæ, ucinaj±c sobie solidn± drzemkê. Miejmy to ju¿ za sob±…
I znowu te cholerne wibracje w okolicy ramienia. Czy ludzie naprawdê nie znaj± ju¿ ¿adnych, subtelniejszych metod? Chocia¿ w sumie powinienem siê cieszyæ, ¿e to tylko szturchanie – w przeciwnym razie, po raz kolejny skoñczy³bym z kub³em lodowatej wody na g³owie…
- Karol, wstawaj. Dolecieli¶my!
- Co… Ju¿? – mrukn±³em, zbudzony gwa³townie ze snu – I czym tu siê podniecaæ…
- Czym siê podniecaæ?! Stary, przespa³e¶ najlepsze momenty!! – entuzjazm w g³osie £ysego odrobinê mnie zaniepokoi³. On nigdy nie podnieca³ siê z byle powodu.
- W takim razie czekam na o¶wiecenie…
- Wszystko zaczê³o siê jakie¶ dobre pó³ godziny temu. Zdobywali¶my z Bimbrem w³a¶nie trzeci± odznakê…
- Do rzeczy £ysy, do rzeczy! – widz±c narastaj±c± we mnie frustracjê, kumpel momentalnie obni¿y³ ton g³osu.
- Jak sobie chcesz. Tylko s³uchaj mnie uwa¿nie, bo nie bêdê tego drugi raz powtarza³!
Skin±³em g³ow±.
- Wysiad³ nam jeden silnik…
- ¯e co?!
- …ludzie wpadli w panikê…
- Ja pier…
- …a pilot musia³ awaryjnie l±dowaæ. Naprawdê niczego nie pamiêtasz?
- Zaraz, zaraz. – przerwa³em – Awaryjnie l±dowaæ? To gdzie my w ogóle jeste¶my?!
- W San Marino mo¶ku! W San Marino!! – wykrzyknêli jednocze¶nie. Ich s³owa zabrzmia³y jednak na tyle niedorzecznie, ¿e zauwa¿ywszy dopiero zmartwione miny pozosta³ych pasa¿erów, dotar³a do mnie powaga obecnej sytuacji. Czas zapamiêtaæ sobie raz na zawsze: zdrapek unikaj jak ognia.
- Czyli co? – w wyniku gwa³townej pobudki, mój mózg pracowa³ jeszcze na nieco zwolnionych obrotach – Czekamy na rozwój sytuacji, czy jak...?
- Przez interkom powiedzieli, ¿e naprawa samolotu trochê potrwa, wiêc póki co musimy zakwaterowaæ siê gdzie¶ tutaj. Maj± nam za³atwiæ jaki¶ hotel, czy co¶…
- No dobra, w takim razie nie mamy tu nic do roboty. Robe…
Ale Roberta ju¿ obok mnie nie by³o. Nigdy wiêcej go nie spotka³em.
Po bli¿szym zapoznaniu siê ze szczegó³ami obecnej sytuacji, w³adze lotniska postanowi³y podes³aæ po pasa¿erów skromny autokar. Niestety, tutejsza biurokracja nawet na krok nie ustêpowa³a polskiej – jak siê z biegiem czasu okaza³o, drogê do wskazanego przez urzêdników miejsca tymczasowego zakwaterowania musieli¶my ju¿ jednak pokonaæ pieszo.
- Karol, ilu mieszkañców liczy San Marino? – zaintrygowany samym istnieniem tak niewielkiego pañstewka Bimber, rozgl±da³ siê dooko³a z szeroko otwartymi ustami.
- A bo ja wiem? – odpar³em beztrosko – Jakie¶ trzydzie¶ci tysiêcy…
- Podobno geografiê zdawa³e¶ na maturze… – wyra¼nie za¿enowany niewiedz± kupla £ysy nie potrafi³ powstrzymaæ siê od kolejnej, z³o¶liwej ironii.
Faktycznie, Bimber, znany oficjalnie jako Bartek Szczepaniak, nigdy nie grzeszy³ przesadnie inteligencj±. Urodzony w £odzi, ch³opak z dobrej rodziny, by³ osob±, z któr± moje losy krzy¿owa³y siê ju¿ od wczesnego dzieciñstwa. Wiecie, co mam na my¶li: matki-przyjació³ki, wspólna piaskownica, te same szko³y… Naturaln± kolej± rzeczy by³o wrêcz, i¿ przez piêæ ostatnich lat dzielili¶my razem stancjê.
Choæ nigdy nie nale¿a³ do osób szczególnie bystrych, sumienno¶ci± i pracowito¶ci± potrafi³ pi±æ siê na coraz to wy¿sze, ¿yciowe szczeble. Obecnie absolwent studiów socjologicznych, zawsze wygadany, miewa nawet przeb³yski chwilowego geniuszu. Okrutny los sprawi³ jednak, i¿ zosta³ skazany na bezustanne towarzystwo £ysego – w obliczu bardziej b³yskotliwego kumpla, czuje siê on bowiem wiecznie niedowarto¶ciowany. Jest to najwyra¼niej tak¿e jeden z powodów, dla którego zachowuje siê w stosunku do niego z wrêcz przesadn± uleg³o¶ci±.
- Niepotrzebnie siê krygujesz… Pytaæ ludzka rzecz! Zw³aszcza, ¿e tego kraju nawet na mapach nie widaæ. – doda³em.
- Za to przynajmniej swój urok ma!
Akurat w tej kwestii nie sposób by³o odmówiæ £ysemu racji – przechadzaj±c siê wieczorn± por± po brukowanych uliczkach San Marino, nasze my¶li zupe³nie odbieg³y od nieszczêsnego incydentu z samolotem. Co wiêcej, spokój i melancholia, bij±ce z niemal¿e ka¿dego zak±tka miasta, potrafi³y ukoiæ nawet najdotkliwiej zszargane nerwy. Nic nie trwa jednak wiecznie – czar prys³ w momencie, gdy sielankowy nastrój skutecznie przerwa³o przera¼liwe burczenie wewn±trz ludzkiego brzucha.
- Zg³odnia³em, a wy? – jêkn±³ Bimber, wskazuj±c palcem ma³±, przydro¿n± knajpkê.
Na nasze szczê¶cie, tydzieñ poprzedzaj±cy wyjazd po¶wiêcili¶my nauce podstawowych, w³oskich wyrazów i zwrotów – w rezultacie, ¿aden z nas nie mia³ wiêkszych k³opotów z rozszyfrowaniem widniej±cego na szyldzie napisu.
- "Bar u Giovanniego"? Ma³o ambitna nazwa…
- Kreatywno¶æ nie jest widocznie mocn± stron± sanmaryñczyków… W ka¿dym razie wchodzimy.
Ostro¿nie zajrzeli¶my do ¶rodka. Ju¿ w progu dotar³ do nas wyj±tkowo przenikliwy, odór dymu papierosowego i alkoholu. Poza tym, typowy widok – ma³y, nieco obskurny lokal, z kilkunastoma stolikami i barem, a tak¿e, przeznaczonym na czas uczt pi³karskich, staromodnym telewizorem. Zmêczeni przygodami koñcz±cego siê dnia, zasiedli¶my na krzese³kach przed pod³u¿n± lad±, spod której niemal natychmiast wy³oni³ siê podstarza³y barman. Kontakty z obcokrajowcami nie by³y mu najwyra¼niej obce, rozmowê rozpocz±³ bowiem lekko ³aman± angielszczyzn±.
- Co podaæ? – zagadn±³, obdarzaj±c ca³± nasz± trójkê serdecznym u¶miechem. I trzeba przyznaæ, ¿e dobrze trafi³ – co jak co, ale angielski mieli¶my opanowany perfekt.
- Trzy piwa. – odpar³em, bior±c na swoje braki ciê¿ar komunikacji z tutejsz± obs³ug±. Po chwili, nalawszy do kufli z³ocistego napoju, barman odwa¿y³ siê nawi±zaæ ¶mielsz± niæ porozumienia.
- Czesi? – zapyta³, rozpoznaj±c w naszych g³osach typowo s³owiañski akcent.
- Blisko. Polacy.
- Wybaczcie, ale nowe twarze to w tym miejscu rzadki widok. Co Was w ogóle sprowadza do San Marino?
Poch³aniaj±c kolejne ³yki sanmaryñskiego piwa, naprzemiennie sklecili¶my wyj±tkowo streszczon± formê odpowiedzi.
- Zdrapka…
- …samolot…
- …hotel…
- …i tym podobne drobiazgi.
Barman u¶miechn±³ siê pod nosem, prawdopodobnie zrozumiawszy, i¿ próba pojêcia absurdu naszej historii ca³kowicie go przerasta. I tak, trac±c powoli koncepcjê na dalszy ci±g konwersacji, nie pozosta³o mu nic innego jak najbanalniejsza czynno¶æ ¶wiata – przedstawienie siê.
- Ciê¿ki dzieñ, co? Ale nie martwcie siê – u mnie mo¿ecie utopiæ smutki w czym tylko chcecie!
- Jak to u Ciebie?
- Jak to "jak to"? – odpar³, wskazuj±c palcem ledwo widoczn±, przytwierdzon± do piersi plakietkê. Przyjrzawszy siê bli¿ej, sprawnie odczyta³em widniej±cy na niej, w³oski napis: "Giovanni Ceccarelli – Proprietàrio" (w³a¶ciciel, znaczy siê).
- Mi³o nam Ciê poznaæ Giovanni – to s± £ukasz i Bartek, ja jestem Karol. A skoro ju¿ zacie¶niamy wiêzi, to b±d¼ tak mi³y i nalej jeszcze po jednym…
Poniewa¿ czas przybycia do wyznaczonego nam hotelu nie zosta³ jako¶ szczególnie sprecyzowany, pozwolili¶my sobie na odrobinê luzu w towarzystwie nowego znajomego. Zw³aszcza, ¿e szybko znale¼li¶my wspólny jêzyk – z biegiem up³ywaj±cego czasu (czyt. pod wp³ywem procentów), dyskutowali¶my ju¿ bowiem na setki przeró¿nych tematów. W tej sytuacji, wrodzona trze¼wo¶æ umys³u nakazywa³a mi ukradkiem obserwowaæ bie¿±ce poczynania £ysego, który, znany ze swoich imprezowych ci±got, nie potrafi³ zwykle odmówiæ sobie nastêpnych kolejek.
- Dobrze, ¿e ten cep ma mocn± g³owê – zagadn±³ nagle Bimber, przerywaj±c wówczas moj± o¿ywion± dyskusjê z Giovannim, na temat korupcji w zarówno w³oskich, jak i polskich ligach pi³karskich.
- On na piwo jest zahartowany. Pilnuj go tylko, ¿eby siê do ¿adnych dziewczyn nie dobiera³. Nie chcemy chyba zrobiæ sobie przypa³u…
Ale £ysy wcale nie zamierza³ dobieraæ siê do i tak nielicznych w obrêbie baru, przedstawicielek p³ci piêknej – bardziej jego uwagê przyci±gn±³ najwyra¼niej ubrany w elegancki garnitur mê¿czyzna, degustuj±cy kulturalnie krwisto-czerwone wino. Wyczuwaj±c w powietrzu k³opoty, natychmiast zerwa³em siê z miejsca, jak na z³o¶æ by³o ju¿ jednak za pó¼no. Delikatnie podpity kumpel tr±ci³ bowiem tajemniczego jegomo¶cia ramieniem, co wnioskuj±c po jego minie, nieszczególnie mu siê spodoba³o.
- Jak chodzisz ³ajzo… - mrukn±³ z pogard±, po czym otrzepa³ na pokaz marynarkê. Ura¿ony w ten sposób £ysy odwróci³ siê gwa³townie, mierz±c go przenikliwym wzrokiem. Có¿, nie od dzi¶ by³o nam wiadomo, ¿e nawet najmniejsza dawka alkoholu zmienia go w przesadnie pewnego siebie kozaka.
- Co¶ ty powiedzia³…?
Nieznajomy podniós³ siê z miejsca. Powia³o groz±.
- £ajzo. – powtórzy³ po angielsku, choæ tym razem ju¿ z wyra¼nym, w³oskim akcentem. – Co¶ Ci siê kolego nie podoba?
- Nie podoba mi siê twoja gêba. I nie jestem twoim koleg±.
Na te s³owa stan±³em jak wryty, oczekuj±c nerwowo rozwoju wydarzeñ. I wtedy sta³o siê co¶ zupe³nie nieoczekiwanego. Tajemniczy jegomo¶æ uniós³ wymownie brew, westchn±³ g³êboko, po czym… opu¶ci³ bar...! Choæ £ysy natychmiast wpad³ w euforiê, a zalany potem Bimber odetchn±³ z ulg±, mnie to zachowanie wyda³o siê co najmniej podejrzane.
- Panowie, chod¼my st±d. – próby nak³onienia £ysego do wyj¶cia na zewn±trz spe³z³y jednak na niczym. Celebruj±cy zwyciêstwo kumpel zamówi³ bowiem u Giovanniego kolejny kufel, lecz ten pokrêci³ przecz±co g³ow±.
- Masz jaja, ¿eby odzywaæ siê tak do Germano, naprawdê. Co nie zmienia faktu, ¿e na Waszym miejscu szybko bym siê st±d zmywa³.
Zaczê³y nachodziæ mnie najgorsze obawy. To £ysy ma jaja? Kim jest Germano? I czemu niby mieliby¶my siê zmywaæ? Po chwili, Gio potwierdzi³ moje najgorsze obawy.
- Facet, którego zbluzga³ twój znajomy to... có¿... Germano De Biagi, prawa rêka bossa tutejszej mafii. A ten kole¶ ma mocno przero¶niête ego, wiêc nie zdziwi³bym siê, gdyby wraca³ tu ju¿ band± kumpli. Uzbrojony.
£ysy natychmiast zastyg³ w bezruchu. S³owa barmana podzia³y na niego jak prysznic w ciek³ym azocie. Albo mówi±c pro¶ciej, wytrze¼wia³.
- £ukaszu. – zwróci³em siê do kumpla, obracaj±c przeciwko niemu jego w³asn± arogancjê – Czy aby na pewno wyra¿asz chêæ dalszego przebywania tutaj?
- Nie Karolu, spieprzajmy st±d. Jak najprêdzej.
- I teraz my¶lisz jak cz³owiek!
Tylko co z tego, skoro na jak±kolwiek próbê ucieczki i tak by³o za pó¼no. Wyra¼nie roze¼lony Germano sta³ ju¿ bowiem w drzwiach baru, przy asy¶cie dwóch, niezbyt przyja¼nie nastawionych goryli.
- Wy. – rzek³ w naszym kierunku, wyci±gaj±c zza pazuchy okaza³y rewolwer – Wy pójdziecie ze mn±.
Nim zajêli siê nami jego towarzysze, Giovanni zd±¿y³ mi jeszcze szepn±æ na ucho ma³o pocieszaj±ce "powodzenia". Potem to ju¿ by³a wy³±cznie formalno¶æ – dos³ownie w jednej chwili ca³± trójk± wyl±dowali¶my na tylnym siedzeniu bli¿ej niezidentyfikowanego pojazdu, z nieweso³± perspektyw± kulki miêdzy oczami.
Nie mam zielonego pojêcia gdzie nas zawie¼li. Pamiêtam tylko, ¿e jechali¶my stosunkowo krótko, bo ju¿ po kilku minutach silnik zgas³, a mafiozo rzuci³ w kierunku swoich goryli zdawkowe:
- Do szefa z nimi.
Wysiedli¶my przed bram± sporych rozmiarów rezydencji, otoczonej solidnym murem i chyba szwadronem uzbrojonych go¶ci w ciemnych garniturach. Je¶li Giovanni mówi³ prawdê i Ci ludzie naprawdê trzês± ca³ym krajem, to czarno widzê najbli¿sze minuty naszego ¿ywota. Chocia¿ z drugiej strony od samego pocz±tku co¶ mi w tym wszystkim nie pasowa³o...
- Dziwne… Skoro to porwanie, to dlaczego przez ca³± drogê widzieli¶my, gdzie jedziemy?
- Bo prowadz± nas na egzekucjê baranie! – zripostowa³ £ysy, prze³kn±wszy g³o¶no ¶linê. Ca³± jego dotychczasow± odwagê trafi³ szlag.
- Za du¿o filmów siê naogl±da³e¶. Ja przynajmniej wolê szukaæ dziury w ca³ym, ni¿ sraæ w gacie jak Ty. Przysiêgam, je¶li jako¶ siê z tego wykaraskamy, powieszê ciê za jaja pod sufitem i wtedy dopiero bêdziesz mia³ swoj± egzekucjê.
Kumpel zamilk³, tak samo jak nie odzywali siê ca³y czas prowadz±cy nas licznymi korytarzami goryle. Oby ten ich szef okaza³ siê choæ trochê bardziej rozmowny.
- W³aziæ. – rozkaza³ nagle jeden z nich, gdy tylko znale¼li¶my siê przed okaza³ymi, drewnianymi drzwiami. Nie musicie chyba zgadywaæ, kto czeka³ na nas po drugiej stronie.
Wmaszerowali¶my do ¶rodka – wewn±trz naszym oczom ukaza³ siê obszerny gabinet, ze staromodnym biurkiem, bujanym fotelem, a tak¿e jak±¶ setk± obrazów na ka¿dej ze ¶cian. Zaabsorbowani tym widokiem, dopiero po chwili spostrzegli¶my odwróconego w kierunku okna, postawnego mê¿czyznê. Kopc±c arogancko cygaro odwróci³ siê w naszym kierunku, usiad³, po czym spojrza³ na nas ¶widruj±cym wzrokiem.
- Witajcie. ¦ci±gn±³em Was tutaj z konkretnej przyczyny. – zacz±³ gwa³townie, obracaj±c palcami wyjête z ust cygaro. Skurczybyk wiedzia³, jak budowaæ napiêcie.
- Tak, bo ten kretyn obla³ pañskiego pacho³a winem. To ju¿ wiemy.
Mê¿czyzna westchn±³, ponownie stan±³ do nas plecami, po czym odrzek³:
- Mylisz siê. Po prostu potrzebujê wiêcej osób takich ja Wy. Osób z jajami.
To ju¿ siê zrobi³o trochê dziwne. Widz±c nasze, co najmniej zaskoczone miny, kontynuowa³.
- Postawili¶cie siê Germano, szybko dogadali¶cie siê te¿ z tubylcami. Nie rzucacie siê przesadnie w oczy, ma³o kto Was zna, wiêc nie macie tutaj wrogów, ani ¿adnych uprzedzeñ. Dlatego wykonacie dla mnie pewn± robotê…
- Robotê? – Bimber w koñcu odpu¶ci³ sobie zmawianie zdrowasiek.
- Nie przerywaj mi ch³opcze, bo z tego miejsca ma³o który obcy wychodzi ¿ywy. Sprawa ma siê nastêpuj±co – jestem we w³adaniu pewnej niezale¿nej instytucji, któr± w ci±gu roku muszê wyp³yn±æ na szerokie wody. Od powodzenia tego przedsiêwziêcia zale¿± przysz³e zyski, a tak¿e wp³ywy od sponsorów, pozwalaj±ce przetrwaæ jej przez kolejne dwana¶cie miesiêcy. Sprawa siê jednak komplikuje, bo tym biznesem rz±dz± przede wszystkim skorumpowane grube ryby, postawione zdecydowanie wy¿ej ode mnie. Musicie wiêc obaliæ ich system i prze³amaæ dotychczasow± dominacjê konkurencji. Od tego zale¿y presti¿ i honor rodziny De Luigi.
- Wszystko piêknie, tylko co... co my w³a¶ciwie mamy zrobiæ?
- Musicie wprowadziæ na wy¿szy szczebel rozgrywek pewien klub pi³karski.
Wymienili¶my we trójkê porozumiewawcze spojrzenia. ¯e niby mamy poprowadziæ jaki¶ KLUB?
- A co je¶li…
- £ysy, morda…
- Je¶li nie awansujecie? Zabijê Was. Jednego po drugim.
To jeden z tych momentów, w którym znajduj±cy siê w tarapatach g³ówny bohater wymy¶la genialny plan wybrniêcia z sytuacji i ratuje w³asne dupsko. Tylko, ¿e ¿aden z nas nie jest Stevenem Seagalem…
- No dobra. – westchn±³ Bimber, przejmuj±c chwilowo inicjatywê w prowadzeniu dialogu – Co to w ogóle za klub?
- San Marino.
- San Marino to kraj. – sprostowa³em.
- Jeste¶ pewien? – odpar³ mê¿czyzna, rzucaj±c mi pod nogi gruby plik dokumentów. – Tu macie wszystko, co bêdzie Wam potrzebne na wstêpie. I nawet nie próbujcie ucieczki. Osobi¶cie dopilnujê, ¿eby¶cie z San Marino nie wyemigrowali.
Po czym wyszed³ z gabinetu. Zostali¶my tylko my i Germano.
- Ech... Chêtnie bym Was wszystkich powystrzela³ cwaniaczki, ale Don Luigi powierzy³ Wam wa¿n± misjê. Chod¼cie za mn±. – machn±³ rêk±, po czym ruszy³ w stronê wyj¶cia – Moi ludzie odwioz± Was do jakiego¶ hotelu.
Podnios³em z ziemi dokumenty i pod±¿y³em za reszt±. Przeczucie, ¿e poza krajem zabawimy trochê d³u¿ej ni¿ tydzieñ okaza³o siê wrêcz do bólu trafne.
- Mo¿e jeszcze jako¶ siê z tego wykaraskamy…
- Ta, jasne. – wypali³ £ysy – A jak do cholery masz zamiar poprowadziæ ten pieprzony klub pi³karski?
Ha! A zawsze ¶mia³ siê ze mnie, ¿e gram w Excela.
- Jako¶ siê wykaraskamy. Mam kilka pomys³ów…
Zaloguj siê lub zarejestruj, ¿eby móc zag³osowaæ.


Ostatnie talenty







































